Narcyz Persefony

Narcyz Persefony

„Spo­koj­na je­stem w ci­szy. – Nie chcę my­śleć wię­cej 
– co mną jest gdzieś ode­szło w ja­kimś taj­nym celu – 
Pa­trzę w ogród zam­ko­wy na róż sto ty­się­cy 
ma­rząc o prze­to­wło­sym mych wdzię­ków min­stre­lu.” /M. Pawlikowska – Jasnorzewska/ 


Każdy dźwięk wypływa z jakiejś ciszy. Zjawisko to może przybrać nie lada świadome przedsięwzięcie patetycznego otwierania muzycznej wypowiedzi, lub dyskretnego wyłaniania się z niedookreślonych przestrzeni bytowania tajemnej sztuki dźwięków. Zdarza się, że powodowane natarczywością nieposkromionych sił witalnych i jakichś epokowych idei „rozrywa” istniejący wokół mikrowszechświat, wstrząsając bytem współistniejącym, nieświadomym heroicznych zrywów bogiń tyleż bezwględnych, co bezgranicznie oddanych. Snucie opowieści wymaga spalania się w jej trakcie. Wśród narratorów, muzyk stanowi wyjątkowy przykład wszechmocy ograniczonej, która zwiększa się wraz z coraz bardziej odczuwalnym brakiem jego obecności w dziele. Ileż to pęt czycha na wirtuoza zaangażowanego w utrzymanie bezgranicznie swobodnej techniki, doskonałego brzmienia, perfekcyjnego ukształtowania formalnego. Ileż zgubnych pułapek, przytułków ostrożności, gdzie na wszelki wypadek można poruszać się pozornie niezauważonym. Jak wiele racjonalizacji uzmysławiających niewytłumaczalną chęć pojawienia się na scenie, by dokonać rytualnego samospalenia. Oto nie ma już jego i dzieła – stali się jedno. Przedziwna transformacja. Ożywiający przeistacza się w swą ideę. „Umarł Gustaw – narodził się Konrad”.

Ten romantyczny bezmała obraz artysty szafującego bóstwami, mierzącego się z wigorem natury i cywilizacji, stale wpatrzonego w idealistyczną idyllę duchowego pulsu wszechświata na nowo staje się nam – szczęśliwie – coraz bliższy. Bo jakiż sens miało by wychodzenie na scenę, gdyby nie nasze przesączone emocjonalnością doświadczenie każdego dźwięku, melodii i harmonii? Gdyby nie przekształcanie pozornie pięknego w metafizyczne? Gdzie miałby się podziać artysta gdyby oddzielić twórcę od jego dzieła? Iluzoryczna obecność nie stanowi przecież niepodważalnego impulsu dla konieczności utrzymania instancji wykonawcy, zależnego od koniunktury, mody czy medialnego bełkotu. Oddzielenie muzyka od muzyki, uświadamia nam przecież w jakim kryzysie znajduje się współczesna duchowość. Artysta hołdujący owemu rozczłonkowaniu materii, na które składać by się miało „jego zaistnienie” oraz dzieło samo w sobie, nie jest świadom obowiązków jakie złożone są na barkach narratorów. Ci niezbyt natarczywi, dyskretni, zawsze zaangażowani, serdeczni, gotowi wytłumaczyć każdą zawiłość, opisujący świat z fantastycznie wyszukaną werbalizacją, będący zawsze we właściwym miejscu i właściwym czasie – bohaterowie nienazwani – stają się fenomenalnymi przewodnikami dlatego właśnie, że są na stale zrośnięci z dziełem. Omnipotentny narrator przechadza się przecież tymi samymi ścieżkami co główni bohaterowie, potrafi przenikać ich najskrytsze myśli i uczucia, i w taki sposób nam je przedstawić, byśmy i my za pomocą cudownej sztuki empatii, mogli stać się choć na chwilę „nowym Konradem…”. Podobnie muzyczny wirtuoz powinien stać się na poły narratorem na poły stwórcą, wprowadzającym siebie oraz publiczność w świat pełny, wypływający z jakiejś obezwładniającej ciszy.

Słuchanie nadal pozostaje tajemną sztuką przenikania przez zgiełki materii, kurz tradycji i cały arbitralny świat estetyczny, w który kazano nam wierzyć bezgranicznie jako byt sam w sobie. Sztuka aktywnego słuchania należy zatem do umiejętności wyjątkowych. I czasem, choćby narratorem był sam wszechwiedzący Stwórca, nie dociera ze swym przesłaniem do niepokornie rozkojarzonego słuchu swego odbiorcy. W natarczywie zmechanizowanym świecie, nastawieni jesteśmy raczej na eliminowanie bodźców, a więc na odcinanie się od doświadczania, by nie przeżywać notorycznego przebodźcowania, niż na zanurzaniu się we wspaniałościach oferowanych nam przez sztukę i naturę. Nauka zasłuchania zatem, także zaczyna się od ciszy. Każdy dźwięk wypływa z jakiejś ciszy. To przestrzeń niesamowitego przeistaczania się ze słuchającego na przenikającego jej struktury, barwy, odcienie. Miejsce w którym poznajemy siebie, na nowo odczytując swoją obecność w otaczającej nas rzeczywistości. To wreszcie intymne wzgórze wolności, napawające kaskadową wieloznacznością odczytania nowej perspektywy. Tylko cisza uczy nas słuchania i doświadczania. Tylko cisza uzmysławia nam fenomen istnienia. Przedziwna transformacja rodzi się z przedziwnej gotowości. „Cicho! Ukochany mój! Oto on! Oto nadchodzi!”