Geist

Geist

                         O duszy co się ją miewa czasami. Z rzadka. Co raz to ostatnio, właściwie, wątpliwie. Do poetów i subskrynentów subkonta na lokacie wieczystej. Apel o niezaśmiecanie przestrzeni plastikiem sztuki w odbiciu asymetrycznym. O duszy, a w zasadzie jej zagubieniu z powodów czysto naukowych, a więc udowodnionych. Pojawiający się od czasu do czasu uzasadniony lęk, wynikający z dyskursu współczesnej nauki, wyjaśnił się samoistnie, odsłaniając brak obiektywizmu w koronkowej krucjacie realistów. Okazuje się zatem bowiem, iż w badaniu naukowym, jeżeli coś jest trudne do sprecyzowania, zbadania, zmierzenia, to można to po prostu…pominąć. Uznać, że coś nie istnieje i iść dalej… jakież to wszystko proste, choć język na wyrost skomplikowany. I to właśnie spotkało biedną duszę w zrelatywizowanym świecie udowodnionych naukowo poglądów. Nauka, która nie radząc sobie z problemami, wykombinowała sobie sprytne powiedzenie, o tym biednym wyjątku co to regułę miałby potwierdzać…zdaje się być kiepskim doradcą życiowym. Bo wystarczy tylko, że ktoś znajdzie sposób rozwiązania lub nowej klasyfikacji owego „przypadku”i już wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Taki to kozi róg naukowej kariery. A jednak dusza oraz wiążąca się z nią intuicja, wrażliwość, emocjonalna subtelność istniejące na obrzeżach paradygmatu wychowania akademickiego wymaga nieustannej pielęgnacji. Wrzucenie jej w odmęty podświadomości, celem dostosowania się do ogólnospołecznego zajadania się cybernetycznymi lajkami powoduje przeniesienie jej na inne sfery życia tworząc koncepcje materializmu, konsumpcjonizmu i wszystkich tych współczesnych nizmów, które bywają trendy gdy się ich nie nazywa. Dusza jako koncept się wyczerpała, bo któż chciałby się nią zajmować, tu w świecie gdzie wszystko szybko i bezboleśnie i podobnie jak inni… Szkoda, że i ośrodki religijne z niej rezygnują babrając się tzw. polityką kościelną i tym kogo ich wyznawca może i powinien pobić, zgnębić. A duszę wciąż się miewa, choć dziś chyba rzadziej niż za czasów fenomenalnej Wisławy. Jak więc do tej małej szczeliny w której miałaby ona mieszkać, próbować dziś przemawiać jako artysta. Na takim letnim festiwalu weźmy na to. W królestwie jednorazowych kapci, plastikowych muszelek i chodzących brzuchów piwnych. Czy warto nimi wstrząsnąć? Serwować im to w czym ich dusza mogłaby zatonąć? Czy może sprytniej – zabawić się w artystę estradowego i rozebrać się do rosołu z tymi wszystkimi „letnimi kawałkami” za które to mieliby nas Ci „oni” pokochać… Choć sztuka a w niej i muzyka to dość przepastna dziedzina, rozciągająca się gdzieś od skrajów komedii (z takimi rarytasami jak Mozartowskie dramma giocoso…) a kończąca na dramacie, gdzie umieralność wynosi 100%, to jednak by sztuką pozostała musi mieć pierwiastek umoralniający, wznoszący, uduchowiony, a nie tylko, że tak powiem tylko i wyłącznie rozrywkowy. Dobrze skrojona komedia przemyca treści, które dla widza mają być pomocne, mają obudzić w nim pytania o sens egzystencji. codzienności. Kłamstwem zatem wydaje się promowanie sztuki jako czegoś „fajnego”. Bo „fajnie” bywa na kabarecie, na spotkaniu z przyjaciółmi, w warzywniaku. Sztuka, działania artysty zmierzają w innym kierunku, nie oszukujmy więc odbiorcy – w trudniejszym kierunku, choć często bywa, że bardzo przyjemnym, że słuchając gigantycznej symfonii Mahlera przeżywamy prawdziwą transformację, której nie możemy i nie chcemy wyrażać słowami. I o te małe przemiany chodzi, uniesienia, które budzą w nas istotę na co dzień pozornie uśpioną; istotę która czuje niezgłębioną wspaniałość wszechświata, potęgę miłości, moc płynącą ku górze. Nie martwiłbym się o frekwencję. Ludzi „z duszą” jest zdecydowanie więcej niż nam się zdaje. Tylko nie bójmy się o nią zahaczać choćby odrobinę w naszej muzyce, która przecież nie jest tylko statystycznym koncertem, punktozą, działaniem na rzecz wzrostu ekonomicznego… Działalność artystyczna człowieka to manifestacja jego duchowości, a więc znów niepoliczalna, niemierzalna, nierutynowa… O duszy się śpiewa czasami, a można by duszą śpiewać, a nie tylko o niej po łebkach…