Excellent!

Excellent!

To wszystko, co staje się tematem rozważań na tym introwertycznym blogu, częstokroć jest sumą  przeżyć minionego tygodnia. Opowiadaniem zebranym z małych codziennych zdarzeń. Pracy przy instrumencie, zmagań pedagogicznych, odkryć kompozytorskich, inspirujących rozmów na rozległe tematy, wysłuchanych nagrań i koncertów, czy wreszcie przeczytanych artykułów i książek. Przeżyć własnych i cudzych, które mój umysł pochłania każdego dnia. Niech więc nie dziwi ogromna rozrzutność w prowadzeniu narracji; brak ciągłości, czy nadmiar wtrąceń wyprowadzających gówny wątek na manowce logiki. Wierzę, że tak jak w utworze muzycznym, tak w słowie, owo rozwarstwienie przysłuża się sprawie. Nabiera charakteru improwizacyjności, który zawsze stwarza wspaniałą, otwartą formę. Żyjemy w kulturze, która nie znosi niedoskonałości. Perfekcyjność wymagana od nas każdego dnia ma być rzekomą receptą na egzystencjalizm (starannie wymazwyany przez poradniki „jak być szczęśliwym”, i tą nie dającą nam spokoju idee „musisz być szczęśliwy, żeby być normalnym”). Złożoność problemu wymaga zapewne argumentacji specjalistów, choć warto sobie za wczasu zdać sprawę w co daliśmy się wplątać. Niestety, filozofia udanego życia we wszystkich obszarach, dociera także do najbardziej intymnych, wrażliwych dziedzin bytowania. Trudno się uwolnić spod panowania idei, która atakuje nas od rana do nocy w mediach, portalach społecznościowych, pracy… czy twórczości. Moda na „perfekcyjne” nagrania, która nastała w latach 90- tych stała się pułapką wykonawczą XXI wieku. Jak sprostać zadaniu idealnego wykonania? Perfekcji intonacyjnej, brzmieniowej, artykulacyjnej? Ba! Nawet agogicznej, „rubatowej”, którą w nagraniu uzyskać nietrudno? Jak zadowolić słuchacza, który zna nasze możliwości wykonawcze tylko i wyłącznie z nagrań? Konfrontuje naszą interpretację z tuzinem wysłuchanych płyt, które wyrobiły jego gust muzyczny? Powszechne stawianie sądów na podstawie wyrobu idealnego; stworzonego z szeregu powtórzeń; możliwości wyboru; czasu na przemyślenie/zmianę koncepcji, zaczyna zamykać drogę młodym wykonawcom, którzy notorycznie wątpią w swoje możliwości techniczno-pamięciowe i siłę kreatywności. Zanim przebiją się przez gąszcz myślenia „najpierw perfekcja- potem wypowiedź”- czas na rozwój sensualnego przekazywania muzyki; odnajdywania treści w zapisanych na pięciolinii hieroglifach kurczy się do przysłowiowego „forte-piano”;”wolniej-szybciej”. Czymże zatem jest ta tajemna perfekcja? Doskonałość? To pojęcie zmieniające swoją definicję w zależności od świadomości społecznej. Łatwo zobaczyć to w biznesie spożywczym. Chyba już wszyscy wiemy, że piękne, lśniące, czerwone, okrągłe, bajkowe jabłka…nie mają smaku- w przeciwieństwie do swych małych, niesymetrycznych, przybrudzonych bratanków na drzewie. To samo stać się może i z muzyką, gdy za jej najwyższy cel postawimy sobie blichtr perfekcyjności. Aż chce się tu przywołać „nieforemność” wielu kompozycji. Wielką fugę Beethovena (z resztą Beethoven byłby mistrzem w tej kategorii- z początkową kadencją w IV koncercie fortepianowym na pierwszym miejscu; do dziś wywołującą ogromne emocje); harmoniczne eksperymenty Monteverdiego i Frescobaldiego; wahania nastrojów w muzyce Carla Philippa Emanuela Bacha; rozkład formalny w dziełach Liszta. Jakby niedoskonałość była u nich wykładnią prawdy (nie pytajmy tylko jak piłat w Pasji Janowej- „Was is Wahrheit”, bo na to pytanie nawet Jezus nie odpowiada…). Są takie nagrania, które są pełne prawdy o muzyce, człowieku i jego niedoskonałościach (które najczęściej przekuwane są na inspirację). Oczywiście cały plik Rubinsteina, Rachmaninova, Schweitzera- kiedy jeszcze nie klejono, montowano i miksowano. Oczywiście cały pakiet nagrań „live”, w których ta żywa emocja bierze górę nad akademicką poprawnością (do dziś pamiętam to wspaniałe nagranie Marty Argerich z Koncertem fortepianowym Czajkowskiego z Wiednia z lat 80; nagranie live z uroczym „omsknięciem” w temacie części trzeciej- z przyjaciółmi w liceum przesuwaliśmy w kółko do tej wspaniałej „nieczystości”, którą polecam każdemu jako kurację). Mamy także „przodowników” zmiany myślenia dzisiaj, którzy celowo wydają coś wspaniałego, „niedoskonałego”. Mowa tu o opisywanym kilka tygodni temu nagraniu Mszy h- moll Gardinera. Jakość nagrania (suche, głuche- coś do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni) już od pierwszych dźwięków wykrzywia naszą twarz w niemiłym grymasie (…”nieładne to”); a gdy już pojawiają się „kiksy” w trąbkach to mamy wybór-albo znaleźć zasadę, odpowiedź dla nagrań takiego autorytetu, albo zbojkotować prawdę ponad estetyką (bo czymże jest prawda…). Na koniec zaskakująca odpowiedź z wczorajszego, długiego jesiennego wieczoru. Jak uczyć, podświadomie wpajać, że poza palcami i pulsem tkwi cudowna tajemnica? „Album dla młodzieży” Roberta Schumanna. Ten niesamowity cykl jest małą wykładnią o emocjonalnej sile muzyki. Schumann- romantyk „pełną gębą”- pokazuje młodym uczniom małe szkice, obrazki muzyczne, które doskonale kreują emocję zawartą w tytułach dzieł. Melodie i pieśni wyjęte rodem z Winterreise Schuberta, „Śmiały jeździec”, który galopuje w żywiołowym rytmie, „Chorał” utkany z bachowskich harmonizacji; „Pierwsze zmartwienie” tak niewinne, subtelne, introwertyczne, choć zakończone poważnymi akordami, nie bagatelizującymi dziecięcej wrażliwości. Uczy przez pokazywanie celu nadrzędnego sztuki-przemawiania, przeobrażania, przeistaczania- czyli czegoś co z definicji omija perfekcyjność szerokim łukiem.