égalitairé

égalitairé

„Serdeczny język muzyki zawiera równie dla czucia naszego tajemnice, obudzające uniesienia i tęsknotę, jak widok natury. Jest to głos powszechnej matki natury, do każdego czucia przemawiający. Wesołość młodzieży, tęskność kochających, zapał rycerzów do sławy, uniesienia poetów, boski jej język niepojętym obudza sposobem. Za potokiem jej głosów porywane uczucie doznaje na przemian smutku radości, wspomnień tęsknoty; wyobrażenie zaś unosi ku Bogu, stawia w świecie idealnym, tworzy przedmioty zachwycające i chętną a niezmordowaną duszę wodzi po wielkich czarownych krajach.” /Kazimierz Brodziński, 1820/

Prawdziwie szeroki to pejzaż doświadczania. Za pierwotnymi instynktami, za erupcją nieposkromionych emocji, których pierwotne pojmowanie, odczytanie nie jest atrybutem wybrańców, aż po czarowną górę przemienienia, na której doświadczyć można „smutku radości” i stanąć przed Bogiem „w świecie idealnym”. Ma rację Brodziński rozpływając się nad nieposkromioną siłą muzyki, która przecież stać się może wyrazicielką niemal każdego mikroświata emocji, przekraczając bariery prostego poznania i estetycznej pieszczoty.

Pytanie o elitarność i egalitarność jest wtórne. Nie mam przecież wątpliwości, że IX Symfonia Beethovena czy Requiem Mozarta stanowią trzon twórczości elitarnej we współczesnym słowniku pojęć nieadekwatnych do epicentrum doświadczenia sztuki; jednakże nie mam także wątpliwości, że w pewnym ponadrozumowym kształcie, dzieła te stanowią emblemat sztuki egalitarnej, gdyż na jakimś pierwotnym poziomie przemawiają do mas, stając się alegorią wolności czy też doświadczania cierpienia i przemijania. Pod sztandarem sztuki, chowają się wiekopomne idee, którym łatwiej rozkwitać w fantasmagorycznych uniesieniach.

Problemem zatem zdaje się być nomenklatura, i pewna nieuzasadniona konieczność rozluźniania powagi duchowości przez managerów kultury. Bo cóż wynika z tego, że wykonanie „Stabat Mater” Szymanowskiego promujemy „na luzie”, żeby przyciągnąć chętnie tych „nieznających się”? A no wprowadzamy ich w błąd, za który płacimy stałym odpływem publiczności. Sztuka dotyka sfery duchowej i żadna nawet najbardziej „luzacka” promocja nie wpłynie na zmianę jej bądź co bądź trudnego przekazu – trudnego bo częstokroć zmuszającego nas do rozprawienia się z wewnętrznymi wampirami naszej egzystencji. W tym aspekcie, muzyka odpowiada na różne potrzeby człowieka, znajdującego się na różnym poziomie rozwoju, a co za tym idzie poszukującego „innej prawdy” w rozkodowywanym dziele sztuki. Wykluczanie głębokiej potrzeby duchowej, postulowane koniecznością „złapania odbiorcy” dzięki czemuś „lżejszemu”, to stałe, niekończące się szachrowanie prowadzące do coraz uboższego doświadczania cudowności świata przez artystów, twórców jak i odbiorców. I nie chodzi tu wcale o ów sztuczny podział na elitarność i egalitarność, a o sam fakt na który uwagę zwraca Brodziński – muzyka może reprezentować różne stany emocjonalne, a co za tym idzie, z natury rzeczy przybierać musi odmienne szaty estetyczne.

Zdaje się zatem, że prawdziwym problemem jest owa wykształcona, społeczna potrzeba dychotomii dzięki której, możemy sumiennie postawić się po jednej ze stron, by w bezpiecznym środowisku pielęgnować poczucie przynależności „do”, wynikające z solidarnego manifestu przeciwko czającemu się wrogowi. To czyste imaginarium.

Elitarność i egalitaryzm zmieniają się wraz z upływem czasu. To tylko czubek góry lodowej którą tworzą: edukacja, zmiana paradygmatów odczuwania, doświadczania świata oraz przekształcenie elity społecznej, w którą wkraczają nowobogaccy. Ewentualny podział zatem staje się coraz bardziej sztuczny, gdyż brak jest widocznej ciągłości, tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, by móc definitywnie wydzielać elitaryzm od egalitaryzmu. W dziele przecież, chodzi o kontakt z odbiorcą na wielu różnych, zaawansowanych poziomach oddziaływania, spotkania – od czysto estetycznego, przez filozoficzne, duchowe, aż po katartyczne doświadczenie przeistoczenia – sięgnięcie do epicentrum istnienia. Sztuka ta, wbrew pozorom udaje się wielu twórcom i wykonawcom i reprezentuje zarówno antypody staro – nowoczesnego awangardyzmu jak i przyjemne, otulone prostotą dzieła ujęte w ramach mantrycznie powtarzanego minimalizmu czy owiane magią współczesnej neotonalności, o którą walczył Roger Scruton.

Wreszcie – sztuka dopuszcza także „lżejsze” formy, których nie brakuje we współczesnym świecie. Pytanie zatem, co daje artystom odwieczny konflikt między egalitaryzmem a elitarnością?