Biegun

Biegun

31 lipca. Mannowski układ działa bez zarzutów. Lecimy prostą pochyłą ku przerażająco melancholijnej ciemności – ku przeciwnemu biegunowi egzystencji. Zegar pracuje w normie. Nieświadomie przenosi krótkowidzów i tych „tylko” zabieganych wprost w szpony jesiennego zadziwienia. Lipy utraciły swój nieziemski zapach, ich owoce tańczą teraz w letnim wietrze. Pierwsze żniwa niepostrzeżenie plądrują wiejskie krajobrazy. Znów zaczyna dominować żółć – długo zbierające się mimozy, dają znać, że czas działa planowo, miarowo, nieubłaganie poddając się siłom natury. Hans Castrop znał doskonale te dwa bieguny – dążenie ku pełni, oraz nieokiełznane spadanie w otchłań ciemności, gdy w otumanieniu szukał sensu „nowego wieku” w przestronnych salonach sanatorium w Davos. To już? Kiedy minął ten czas? Być może sama perspektywa niezmienności cyklu działa usypiająco na doświadczających tak silnie wpływu wiecznego obracania się w przestrzeni kosmicznej, jednakże szczegóły tego przeżywania są za każdym razem, choć odrobinę, zadziwiająco – różne.

W tej samej, dziwacznej perspektywie postawić winniśmy interpretację, wykonawstwo muzyki i zadać najważniejsze pytanie – czy rzeczywiście wpływ miejsca w którym żyjemy na sposób w jaki odczuwamy daną muzykę jest tylko błahą kwestią poboczną – poza właściwym nurtem „rozkodowywania” utworu? Odwiedzając kraje, w których tubylcy nie znają prawdziwego, północnego jarzma późnej jesieni i srogiej zimy – szarości, braku kolorów, smaków, ciemności, zagubienia – w końcu dochodzimy do pewnych, być może niedogmatycznych wniosków. Otóż, gdy Bach pisze swoją słynną fantazję chorałową „Nun komm der Heiden Heiland” trudno oprzeć się wrażeniu, że oto na przełomie listopada i grudnia otwiera okno i pokazuje nam niezwykłość krajobrazu o tej porze roku. Powoli unoszą się mgły, słońce majaczy gdzieś z oddali, niepewne czy faktycznie się dziś pojawi. Linie melodyczne podnoszą się z chaosu, szukając drogi w labiryncie beznadziei. Chorał nie zapewnia nas o istnieniu lepszego świata. Jego tony stopniowo odkrywają przed nami wewnętrzną, rozdzierającą potrzebę wiary – wiary, która dla żyjącego w tej przestrzeni geograficznej, o tej porze roku jest niezbędnym czynnikiem przetrwania. No i ta eksklamacyjna koda z wykrzyczaną oktawą w jej zaraniu. Nie tyle błyskotliwa ozdoba co prawdziwe, ekstremalne poddanie się obezwładniającej emocji. Gdy zerkniemy na drugi biegun Bachowskiego doświadczania rzeczywistości, napotkamy sielską, błogą kantatę „Vergnügte Ruh, beliebte Seelenlust”, BWV 170 w której unosi się duch spokoju, letniego upału, bezgranicznego rozkwitu i pełni. Cóż dziwnego – napełniamy się tym co nas otacza.

Czy zatem szerokość geograficzna pod którą mieszkamy może mieć wpływa na naszą interpretację? Czy obywatel krajów południowych jest w stanie doświadczyć, przeżyć pełnię odcieni emocjonalnych, które są codziennością człowieka północy? Czy Szwed potrafi równie swobodnie i beztrosko rozkoszować się pięknem melodii jak Włoch? Ba! Czy Polak potrafi tak ekstrawagancko gestykulować, angażować się w wypowiedź co Sycylijczyk? Czy nie europejczyk może mierzyć się z zagadnieniem emocjonalnego piętna jakie niesie wykonywany utwór?

Tu napotykamy różne drogi wyjścia i rozumienia sytuacji artysty. Wykonania różnią się zawsze, ponieważ wypełnia je mimo wszystko inna treść, przekazana w odmienny sposób. Oczywiście liczy się tu indywidualny temperament, wrażliwość, chęć przekazania owych niezwykłych idei, które ubogacają egzystencję kreatora, ale nie tylko. Utwór muzyczny może pomieścić w sobie egzystencję milionów ludzi, stając się nośnikiem wartości, przekonań, przeżyć. a nawet programu partyjnego. Jest tworem niezwykle kruchym, który przyjmuje na chwilę ciało swego bohatera. Żyje życiem grającego, dlatego też stale się przeobraża. Być może bachowski „Nun komm” może mieć wspaniałe odcienie południowego słońca, zdradzając tym samym niezwykłe piękno owej stonowanej, ciepłej tęsknoty. Być może kantata „Vergnügte Ruh, beliebte Seelenlust” może nieść w sobie większy pierwiastek niepewności, pobudzenia energetycznego wiecznych poszukiwaczy… Z fascynacją odkrywam stale na nowo czułość z jaką wyspiarze podchodzą do kwestii czasu w muzyce. Jakby oderwanie od kontynentów dawało zupełnie inną, nieśpieszną perspektywę. Świat na nas poczeka, doceni kiedyś i tą chwilę. Dawny dogmatyzm retoryczny zakładał istnienie rdzenia – afektu rozkodowującego zapisane dzieło, lecz czymże jest afekt jeśli nie uczuciem? Nie ma na świecie nic bardziej indywidualnego, intymnego niż czucie. Natężenie, rodzaj doświadczania nie dają się nawet podzielić na konkretne grupy – każda osoba to oddzielny czuciowo mikroświat posiadający swoje konstytucje, prawa, dorzecza i pojezierza. Dlatego też nauka o afektach, zakładająca oczywistość rozwiązania wynikającą z partytury, nie jest już właściwym wyznacznikiem.

Co jest zatem owym wyznacznikiem? 31 lipca. Mannowski układ działa bez zarzutów. Lecimy prostą pochyłą ku fascynująco melancholijnej ciemności – ku przeciwnemu biegunowi egzystencji. Zegar pracuje w normie. Czule przeprowadza widzów przez stopniowo zmieniające się krajobrazy – odchodzące zielenie, skrzące czerwienie ku jaskrawym, ekstrawaganckim żółciom. Wystarczy się zapatrzeć i zasłuchać.