Arboretum

Arboretum

Skończyłem „Arboretum”. To już. Już jest.

Znów ogarnia mnie to przemożne zmęczenie połączone ze zdziwieniem i niekontrolowanymi zastrzykami adrenaliny dopadającymi mnie podczas dalekich wędrówek. Oto utwór. Już jest. Wyłonił się z chaosu. Ma formę, kształt. Można go ocenić, przedyskutować, wykonać. Można go doświadczyć, przeżyć. Od dziś będzie istniał w tej formule jak coś oczywistego, niezmiennego. Wykonawcy będą pochylać się nad didaskaliami, przekonani o moim przekonaniu… Ale przecież i ja wraz z postawieniem ostatniej nuty mam to nieodparte wrażenie – że ten utwór już istniał od dawna, w innych wszechświatach, wisiał na odradzających się drzewach, a ja go tylko sprowadziłem na ziemię.

Dlaczego i w jaki sposób z chaosu twórczego wyłania się ostateczna wersja sprowadzona do materialnego świata przez strumień świadomości, skoro przez ostatnie miesiące piętrzyły nam się tylko błyskotliwe motywy, możliwości nie tworzące żadnej logicznej przestrzeni? Brak było im dramaturgii, tego specyficznego rytu, nieuwarunkowanego ani ideologią ani samym konceptem twórczym. Wirowały w wewnętrznych koniugacjach, czepiając się niemrawo każdej mentalnej podniety, by spłonąć w procesie wypalania złotych zgłosek harmonii. Strzępki papieru zapisane ametrycznymi, arytmicznymi swobodnymi liniami melodycznymi z których zrodziły się cztery niezależne, symfoniczne części poematu. Pory roku – życie drzew.

Jakiś szkic Adagia z Wilna z podpisem „adagio, które chodzi za mną od dawna”. Dwa motywy zapisane pośpiesznie na lotnisku w Sztokholmie. Fragment litanii, która przyszła do mnie pewnego niezwykłego, zimowego poranka w Poznaniu. Jakieś cudaczne zapiski do improwizacji. Jak to możliwe, że znalazły one wspólną drogę i stały się częścią tego samego motywu. Czy wszystko co w nas drzemie dochodzi do momentu wielkiej kumulacji i erupcji kreatywności w której dzielimy się tym niewyrażonym pięknem? Czy…?

Może ta wyjątkowa wiosna, tu na pomorzu zatrzymująca się wraz z wypuszczeniem każdego pąka, jak gdyby celebrująca każdy swój cudowny, odradzający gest sprowadza na mnie to niezwykłe poruszenie, nad relatywną błahostką – nie było utworu – jest utwór. Choć dla biegu życia wszechświata to zapewne błahostka – dla kompozytora stanowi nowe narodziny, wyznaczając przyszłe szlaki zachwytu.

Skończyłem „Arboretum”. Już jest. Ja już je znam. Stale dźwięczy w mojej głowie, drga w sercu, już teraz pomagając mi przeżywać skrajne emocje. To dowód, że żyje, choć póki co – we mnie i na papierze…